Świdnica
Wspomnienia z podróży rowerowej do Pragi – część 8, dzień 5.
Do Świdnicy przyjechaliśmy popołudniem piątego dnia podróży. Oboje głodni, Wasza autorka (jak zawsze) spragniona kawy. Tak samo jak w innych miastach zdawaliśmy sobie sprawę, że lada chwila nadejdzie złota godzina, a po jej przeminięciu – nie sfotografujemy już tego piękna, jakie otoczyło nas ze wszystkich stron. Toteż wypełniliśmy najpierw miłe “obowiązki” podróżników. Po wizycie w Centrum informacji Turystycznej pojechaliśmy wpierw do Kościoła Pokoju, aby po wizycie szybko uwiecznić rynek na zdjęciach i po długim dniu – móc odpocząć.
Przy wjeździe do miasta zauważyliśmy bardzo ciekawą kamienicę, z charakterystyczną płaskorzeźbą. Kamienica jest uważana za pierwszy budynek powstającego miast. Elewację zdobią naturalnej wielkości sylwetki byków, pochodzące przypuszczalnie z okresu, gdy w budynku znajdowała się rzeźnia. Część sylwetek byków opracowana w pełnej rzeźbie to tzw. protoma (przednia część ciała zwierzęcia – łeb z przyległościami).
Od 1828 roku, aż do chwili obecnej w kamienicy znajduje się “Apteka pod bykami”.
Zdjęcie pochodzi ze strony: http://dziennik.swidnica.pl/historia/historia076.php
Jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w Świdnicy jest Kościół Pokoju, luterańska świątynia zbudowana z drewna i gliny, bez użycia gwoździ. Na mocy Pokoju Westfalskiego, kończącego wojnę trzydziestoletnią, cesarz Ferdynand III. został zobowiązany przez Szwedów do wyrażenia zgody na budowę przez ewangelików w księstwach dziedzicznych w Jaworze, Głogowie i Świdnicy po jednym tzw. “Kościele Pokoju”. Zgodnie z zarządzeniem cesarskim kościół mógł być wybudowany jedynie poza murami miasta, bez wieży i dzwonów. Jako materiałów budowlanych można było użyć jedynie drewna, piasku, gliny i słomy. Czas budowy nie mógł przekroczyć jednego roku. Świdniccy protestanci zlecili w roku 1656 wrocławskiemu mistrzowi budowlanemu Albrechtowi von Saebisch i miejscowemu cieśli Andreasowi Kaemperowi budowę kościoła. Kamień węgielny położono 23 sierpnia tego samego roku. 24.06.1657 r. można było w Kościele Pokoju odprawić pierwsze nabożeństwo.
Nawa główna kościoła. Kościół powstał na planie krzyża. Wewnątrz praktycznie każdy jego fragment jest pokryty polichromią.
Zdjęcie pochodzi ze strony: national-geographic.pl
Ambona i ołtarz główny.
Zdjęcie pochodzi ze strony: ziemkowelato.blox.pl.
Ambona i organy.
Zdjęcie pochodzi ze strony: pinger.pl.
Fragment sufitu. Polichromia przedstawia putta trzymające w rękach gwiazdy
i klucze.
Zdjęcie pochodzi ze strony:http://nauboczu.bloog.pl/kat,0,page,3,index.html.
Ratusz w Świdnicy, usytuowany w centralnej części rynku. Na zewnątrz uwagę przykuwają rzeźby kamienne – pochodzące z XVIII w. figura św. Jana Nepomucena i figura św. Floriana umiejscowione w narożnikach budynku, a w szczytowej części elewacji zewnętrznej kamienne posągi książąt świdnicko-jaworskich. Ma tutaj swoją siedzibę Muzeum Dawnego Kupiectwa. W ratuszu mieści się także m. in. Centrum Informacji Turystycznej, w którym można zasięgnąć fachowej rady. Jest doskonale zaopatrzone w publikacje na temat miasta i regionu oraz w inne pamiątki.
Wokół rynku kamienice zbudowane w różnych stylach, od renesansu po secesję. Świdnicki rynek należy do najpiękniejszych i najcenniejszych na Dolnym Śląsku. Bogactwo detali kamienic i piękno rynku staramy się sfotografować przed zmierzchem (i obiadem). Każde z nas odbywa, co prawda prędki, spacer wokół rynku aby zrobić zdjęcia.

Na samym końcu udajemy się jeszcze w kierunku katedry pod wezwaniem św. Stanisława i Wacława, znajdującej się nieopodal rynku.
Fot. Paweł Niewiadomski.
Katedra w Świdnicy ma drugą pod względem wysokości wieżę na terenie Dolnego Śląska. Jej wznoszenie rozpoczęto według tradycji w 1330 roku, za panowania księcia świdnicko – jaworskiego Bolka II Małego. Książę ten miał być również jej fundatorem. W 1353 roku zakończono prezbiterium, a w 1385 roku nawę główną. Równocześnie powstawały kaplice fundowane przez cechy i bogatych mieszczan. W XV wieku dobudowano wieżę; w planach były dwie, ale ostatecznie powstała tylko jedna. Budowa katedry zakończyła się w 1525 roku.
Świdnicka katedra to jeden z ciekawszych kościołów na naszym szlaku. Elementy jej konstrukcji, a zatem także fasady schodzą jakby kaskadowo ku ziemi – wpierw wieża, potem część z nawą główną, następnie przypory – co daje interesujący efekt.
Ścianę fasady, szczególnie w okolicy wejścia, jak w wielu katedrach zdobią misterne, delikatne dekoracje - motywy roślinne, zwierzęce, statuetki świętych; tutaj figura Matki Boskiej.
Święta Anna Samotrzecia pod baldachimem.
Okna z witrażami, maswerkiem i fragmenty pinakli.
Widok z placu katedralnego na niebo, oraz figurę naszego nieodłącznego towarzysza podróży – św. Jana Nepomucena.
Po sfotografowaniu i obejrzeniu tych najważniejszych obiektów miasta, udajemy się na obiad i kawę. W takich okolicznościach wszystko smakuje doskonale. To już wieczór piątego dnia podróży. Ponad połowa drogi za nami. Kolejnego dnia czeka nas droga do Książa – miejsca szczególnie oczekiwanego, ze względu na postać księżnej Daisy von Pless i ciekawość rozbudzoną lekturą wielu publikacji na temat książeńskiej posiadłości. Tymczasem po obiedzie dojeżdżamy na kemping, znajdujący się w niewielkiej odległości od centrum miasta i tak jak wszystko co wiedzieliśmy w Świdnicy – wyjątkowo zadbany.
Polecam:
Świdnica – czerwony z miasta słodyczy – artykuł nt. Świdnicy, National Geographic.
Magdalena
Dzierżoniów, miasto smoka
Wspomnienia z podróży rowerowej do Pragi – część 7, dzień 5.
Dzierżoniów, niedaleki sąsiad Ząbkowic Śląskich, to wyjątkowo zadbane i dobrze zorganizowane pod względem turystycznym miasto. Na rynku, w budynku ratusza znajduje się punkt informacji turystycznej z kompetentną obsługą, wyposażone w sporą ilość gadżetów związanych z miastem. Dowiadujemy się tutaj o atrakcjach i zabytkach, o tzw. Trakcie Smoka stworzonym aby ułatwić turystom zwiedzanie miasta, zostawiamy tutaj także bagaże i rowery. W pierwszej kolejności wychodzimy wąskimi schodami na wieżę ratusza mijając mennicę – o której za chwilę.
Widok na rynek z wieży ratusza. W oddali widać miasto i sporą ilość zieleni. Czyni ona to zadbane i uporządkowane miasto jeszcze bardziej przyjemnym.
Widok z wieży ratusza. Za kamienicami rynku dostrzegamy dawny kościół ewangelicki, obecnie rzymsko-katolicki pw. Maryi Matki Kościoła.
Widok na Kościół św. Jerzego – wybudowany według legendy za czasów księcia Bolesława Kędzierzawego w 1159, prawdopodobnie jednak około połowy XIII wieku. Mógł więc istnieć już wtedy, gdy w połowie XIII w. lokowano Dzierżoniów (wówczas Reichenbach) na prawie magdeburskim.
Wsparłszy się na barierce tarasu widokowego patrzymy na miasto przez dłuższą chwilę, fotografując widoki z każdej ze stron świata.
Schodzimy z wieży, tutaj wchodzimy jeszcze do małego pomieszczenia mieszczącego mennicę. W wieży ratuszowej urządzono mennicę miejską, w której można samodzielnie wybić pamiątkową monetę – kopię halerza z 1352 roku.
Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.dzierzoniow.pl/Centrum_Informacji_Turystycznej
Widok na wieżę ratuszową z rynku.
Fot. Paweł Niewiadomski.
Na jednej z kamienic nieopodal rynku namalowano mapę najważniejszych obiektów w mieście.
Na jednej z ulic jemy śniadanie. Dziś pierwszego września. Uczniowie rozpoczynają rok szkolny. My cieszymy się możliwością odpoczynku, zrealizowanym dawno obowiązkiem szkolnym, i wspominamy szkolne lata. Przypomina się także wykładany wielokrotnie na historii rok 1939. Potem raz po raz śpiewamy “Teraz jest wojna, i kto handluje ten żyje”, “Hej tam pod Krakowem” i inne zakazane piosenki.
W Dzierżoniowie został stworzony tzw. Trakt Smoka. Przy najciekawszych obiektach w mieście wbudowano w chodnik płyty ze smokiem, który ręką wskazuje drogę do następnego obiektu. Ze względu na ograniczony czas, zdecydowaliśmy się zwiedzić miasto na własną rękę nie podążając śladami smoków. Wędrując jednak od obiektu do obiektu czekamy aż trafi się nam wbudowana w ziemię płyta ze smokiem, jesteśmy ciekawi jak wygląda. I rzeczywiście, odnajdujemy kilka takich płyt.
Średniowieczne mury obronne, doskonale zachowane, poddane konserwacji w latach 1963-1964.
Urzekła nas brama w murach miejskich. Dzierżoniowskie mury miały 4 takie bramy: Świdnicką, Wrocławską, Ząbkowicką i Wodopojową, powstałe w czasie rozbudowy obwarowań w XIV i XV wieku. Obecnie zachowane bramy tego typu są rzadkością.
Wśród murów znajduje się wiele interesujących zakamarków. Nawet, jeżeli zupełnie nic się w nich nie kryje, korci, aby zajrzeć.
Secesyjny budynek, jeden z najpiękniejszych w mieście. Położony wśród zieleni na obrzeżach miasta, wygląda wprost imponująco.
Secesyjna kamienica. Na fasadzie widać delikatne motywy roślinne, charakterystycznym elementem są także falujące linie szprosów okiennych w oknach balkonowych.
Dachy dzierżoniowskie.
Fot. Paweł Niewiadomski.
Jeden z budynków nieopodal synagogi w Dzierżoniowie.
Zabytkowa synagoga wzniesiona przez gminę żydowską w 1857 roku.
Kiedy zwiedzaliśmy miasto, dzierżoniowska synagoga była w trakcie remontu.
Kościół Maryi Matki Kościoła. Klasycystyczny, wybudowany w latach 1795-1798. Do 1962 r. funkcjonował jako świątynia ewangelicka, potem został przejęty przez miasto i wykorzystany jako magazyn meblowy (!). Pozbawiony właściwej opieki spłonął częściowo w 1973 r. Przekazany parafii katolickiej, został konsekrowany w 1979 r. i do 1984 r. odremontowany.
Wewnątrz kościoła oryginalny wystrój zwraca naszą uwagę. Trzy kondygnacje chórów ułożone w owal to niecodzienne układ kościelnego wnętrza. Widać tutaj ewangelicki ascetyzm, nie do końca zmieniony przez katolików.
“Zabił święty Jerzy smoka, W płaszcz z atłasu wytarł miecz, czarna zdobi go posoka: Smocza śmierć – rycerska rzecz.Odrąbanym skrzydłem gadzim mąż opędza się od much; dowód tryumfu w sakwę wsadził: komplet świeżych smoczych kłów.”
Przed wejściem do kościoła św. Jerzego znajduje się jego figura, a także figura wspomnianego już towarzysza naszej podróży – Jana Nepomucena.
Ostatni obiekt sakralny – kościół pw. św. Trójcy. Wybudowany w XIII w. jako kaplica cmentarna. Przebudowany po pożarze w XIX w.
Kolejnym miejscem wyznaczonym na trasie jest Świdnica. W niej spędzamy noc 5 dnia podróży, i do niej po zwiedzeniu Dzierżoniowa musimy dotrzeć. Do zobaczenia w następnym poście!
Magdalena
Nocna wizyta u doktora Frankensteina
… jest ten sam 4 dzień naszej podróży. Dojeżdżamy do Ząbkowic Śląskich. Słońce gaśnie powoli nad miastem, czego efektem są piękne światłocienie na neogotyckim ratuszu. Jesteśmy głodni i rozglądamy się dookoła rynku w poszukiwaniu restauracji. Świadoma, że efekty świetlne na ratuszu po kolacji znikną, fotografuję go szybko. W bocznej ulicy widzimy krzywą wieżę. Ciekawość wieży i ruin zamku odkładamy jednak na później.
Ratusz w Ząbkowicach Śląskich. Niezwykle misterna budowla w stylu neorenesansowym, tutaj dodatkowo pięknie oświetlona przez zachodzące słońce.
Fotografie wykonane bardzo szybko ze świadomością, że efekt świetlny na bryle ratusza może bardzo szybko zniknąć.
Bogactwo detali i cienie rzucane przez słońce nie pozwalają od siebie oderwać oczu.
Średniowieczna krzywa wieża, jedna z atrakcji turystycznych Dolnego Śląska. Powstała prawdopodobnie w celach obronnych.
Jeszcze przed kolacją naprędce zrobiona fotografia detalu jednej z kamienic przy rynku ząbkowickim. Ten detal, choć stworzony z pewnością w innym celu – ze względu na kolor budynku i korpusy postaci nasuwa na myśl epidemię dżumy która nawiedziła miasto w 1606 roku.
Na rynku czynna jest jedna restauracja, w której czas zatrzymał się w poprzedniej epoce, niemniej zjeść można smacznie, dużo i tanio. Panie kelnerki pozwalają nam wnieść rowery do środka i dobrze karmią. Spragnionej kawoszce przynoszą kawę tak czarną, jak to tylko możliwe, a potem obfity obiad. Będzie potrzebny – my młodzi szaleni nie pomyśleliśmy nawet o rezerwacji noclegu po drodze, listę kempingów trzeba było porzucić bez żalu i zdać się na przygodę. Chce nam się spać i jesteśmy zmęczeni. Dojechać jednak do Ząbkowic i nie zobaczyć zamku – przynajmniej przez moment, byłoby to wykroczenie ciężkiego kalibru. Któż z Was bowiem nie zna tego jegomościa?
Monstrum Frankensteina miało swój początek w powieści angielskiej autorki Mary Shelley. Postać tego potwora weszła do kultury, do kultury popularnej, została rozpropagowana przez liczne filmy, rysunki i wciąż działa na wyobraźnię. Nie leniąc się zatem zabieramy rowery aby dotrzeć do rzeczonych ruin.
Gdy skończyliśmy posiłek Ząbkowice Śląskie ogarnęły już egipskie ciemności. Po ciemnych ulicach miasteczka szukamy zamku Frankensteina. Ulice są niemal absolutnie puste. Mijamy kamienicę na której widnieje napis “Laboratorium doktora Frankensteina”.
W tajemniczym budynku przy ul. Krzywej 1 znajduje się Regionalna Izba Pamiątek. Urządzono tam m. in. właśnie laboratorium doktora Frankensteina.
Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.panoramio.com/photo/44520310
W tej mrocznej atmosferze nocy natrafiliśmy na inne ruiny obok drogi. Ich małe rozmiary, kształt kościoła i styl nie pozostawiają wątpliwości, że jeszcze nie jesteśmy na miejscu. (Ten neogotycki obiekt okazał się później kościołem wybudowanym pod koniec XIX w. przez niemiecki Zakon Sióstr Diakonis; w 1985 r. kościół spłonął i do dzisiaj nie został odbudowany).
Jedziemy jeszcze kawałek dalej ulicą i oto jest – zamek. Potężna budowla, budząca respekt, zwłaszcza nocą.
W nocy ruinom trudno byłoby zrobić zdjęcie. Nie mieliśmy do tego celu odpowiedniego sprzętu i dość sił aby próbować. Przybycie tutaj było tym niemniej bezcenne. Wspomnienie widoku zamczyska w ciemności pozostanie we mnie na całe życie. Zdjęcie zamku o zmroku pochodzi ze strony: http://mlynarz.bikestats.pl/index.php?category=4141
Polecam:
Frankenstein – historia prawdą podszyta – na stronie barwnie opisano historię, która stała się inspiracją dla wydanej w 1818 roku książki Mary Shelley “Frankenstein, czyli nowy Prometeusz”.
Magdalena
Perły po drodze do doktora Frankensteina
Wspomnienia z podróży rowerowej do Pragi – część 5, dzień 4.
Jest wtorek, 30 sierpnia 2011 roku. Opuszczamy kolejne miasto i zmierzamy do kolejnego celu – tym razem są nim Ząbkowice Śląskie, zakorzenione w powszechnej świadomości jako Frankenstein. Po drodze odwiedzamy na moment Otmuchów oraz całkiem przypadkowo odkryty – Kamieniec Ząbkowicki, nie owiany co prawda taką sławą jak dawny Frankenstein, lecz nie mniej ciekawy.
Pierwszym przystankiem jest Otmuchów. Tutaj zatrzymujemy się na około godzinę aby odpocząć i zjeść śniadanie. Zerkamy do kościoła i na zamek, przyglądamy się uważne ratuszowi, i pytamy którędy do doktora Frankensteina.
Renesansowy ratusz w Otmuchowie. Prawdopodobnie zbudowany został około 1538 roku, a swój obecny wygląd zawdzięcza odbudowie w 1817 r. Fasadę ratusza zdobi późnorenesansowa dekoracja sgraffitowa, czyli wykonana techniką dekoracyjną malarstwa ściennego, polegająca na nakładaniu kolejnych, kolorowych warstw tynku lub kolorowych glin i na zeskrobywaniu fragmentów warstw wierzchnich. Poprzez odsłanianie warstw wcześniej nałożonych powstaje dwu- lub wielobarwny wzór. Technika sgraffito była szczególnie popularna w okresie renesansu przy dekorowaniu fasad obiektów włoskiej architektury.
Na ścianach ratusza zachował się XVI-wieczny zegar słoneczny. Zegar ten często nazywa się “Zegarem Paracelsusa”, ze względu na legendę (mało wiarygodną, ale jakże romantyczną), według której ów słynny medyk miał zawitać do Otmuchowa podczas swoich podróży, i wybawić miasto od zarazy.
Wnętrze kościoła św. Mikołaja w Otmuchowie.
Potem czeka nas długa droga. Tego dnia przekroczyliśmy kolejna magiczną granicę – województwa opolskiego i dolnośląskiego.
Jedziemy przez drogi, pola i lasy, cel motywuje. Nagle za kolejnym zakrętem ukazuje się nam widok niczym ze średniowiecza – dwie potężne wieże zamczyska wystające spośród drzew. Przemykają przez głowę sceny z “Władcy pierścieni”, “Jabberwocky” i wszystkich filmów o królu Arturze. Zmęczenie daje o sobie znać, pora dnia nie pozwala na dłuższą przerwę, wydobywamy jednak aparaty z czeluści plecaków, nie możemy się powstrzymać aby uwiecznić ten widok.
Zamek w Kamieńcu Ząbkowickim. Budowla powstała z inicjatywy Marianny Luisy Orańskiej – królewny niderlandzkiej, która po odziedziczeniu ogromnego majątku po swojej matce, królowej Wilhelminie i pomnożeniu go poprzez małżeństwo z synem króla Prus, wybrała Kamieniec jako miejsce dla swojej rodzinnej rezydencji. Spiesząc w odwiedziny do Frankensteina, zajęci bardzo Daisy von Pless która czeka na nas w Książu, przegapiliśmy spotkanie z Marianną Orańską. Tym razem nam wybaczy.
Jako wzorce dla planowanego przedsięwzięcia księżna Marianna wybrała dwa zamki: szkocką siedzibę hrabiego Ripon oraz krzyżacką twierdzę w Malborku. Realizacją projektu i jego urzeczywistnieniem zająć się miał wybitny niemiecki malarz i architekt Karol Fryderyk Schinkel – współtwórca zamku w Kórniku. Dał się on poznać swej przyszłej pracodawczyni stawiając w 1828 roku dla jej męża Albrechta von Hohenzollerna wspaniały pałac przy Lindenstrasse w Berlinie.
Marianna Orańska, pomysłodawczyni zamku w Kamieńcu, uważana za jedną z bardziej nietuzinkowych postaci kobiecych XIX wieku. Inteligentna, wykształcona, majętna i pełna talentów, słynęła z dobroci. Niestety jej życie osobiste nie ułożyło się pomyślnie.
Mijamy zamek i oto za kilka chwil widzimy małe urocze kamieniczki, zabytkowe domy o ciekawej architekturze, i na dodatek – zespół klasztorny cystersów. Przy kolejnej podróży tą trasą Kamieniec zostanie niewątpliwie wpisany na listę miejsc obowiązkowych do odwiedzenia.
Kościół pocysterski w Kamieńcu Ząbkowickim. Obecnie pełni rolę kościoła parafialnego.
Zbliżenie na wejście do kościoła. Jak czytamy po powrocie z wyprawy – Opactwo Cystersów w Kamieńcu Ząbkowickim funkcjonowało od XIII do XIX wieku kiedy to zostało zlikwidowane na mocy edyktu króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III.
W okresie swojej największej świetności dobra opata obejmowały wiele wiosek wokół Kamieńca Ząbkowickiego a także obiekty w Bardzie i Kopalnię złota w Złotym Stoku.
Tymczasem gnani ciekawością jedziemy niezłomnie dalej. Aby w końcu dotrzeć na rynek w Ząbkowicach Śląskich… Do zobaczenia w kolejnym poście
—————————————
Polecam:
Kamieniec Ząbkowicki: neogotycki zamek Hohenzollernów – autor szczegółowo i barwnie, momentami zjadliwie opisuje historię zarówno zamku, jak i Marianny Orańskiej. Strona zawiera interesujące zdjęcia zamku.
Opactwo Cystersów w Kamieńcu Ząbkowickim – strona zawiera przepiękne zdjęcia zespołu klasztornego.
Szlak Cysterski w Polsce: Kamieniec Ząbkowicki – bardzo obszerny artykuł dotyczący opactwa w Kamieńcu Ząbkowickim.
Marianna Orańska (1810-1883) – autor artykułu w portalu “Nasze Sudety” szczegółowo opisał historię życia Marianny Orańskiej.
Wizyta królewny we Wrocławiu – bogato ilustrowany zdjęciami artykuł w portalu “Nasze Sudety” opisuje imprezy związane z obchodami Roku Marianny Orańskiej (2010), przede wszystkim występ Teatru na Bruku – wjazd Marianny Orańskiej do Wrocławia.
Królewna Marianna Orańska przyjeżdża do Wrocławia – artykuł z “Gazety Wyborczej”, dotyczący Marianny Orańskiej oraz imprez związanych z obchodami Roku Marianny Orańskiej, zilustrowany zarówno fotografiami, jak i filmem z przedstawienia wjazdu Marianny Orańskiej do Wrocławia.
Marianna Orańska – krótki artykuł dotyczący tejże postaci.
Mariana Orańska – nie możemy zapomnieć o cioci Wikipedii.
Szlak Marianny Orańskiej – doskonale zbudowana, piękna graficznie strona zawiera informacje o szlaku transgranicznym przybliżającym postać Królewny Marianny Orańskiej; szlak powstał dla upamiętnienia postaci Marianny i jej zasług dla ziem, w których miała swoje posiadłości.
Magdalena
Nysa
Wspomnienia z podróży rowerowej do Pragi – część 4, dzień 3.
Droga do Nysy z Prudnika popołudniem upływała w atmosferze oczekiwania na nocleg. Na przedmieściach znaleźliśmy się gdy było jeszcze jasno, jednak już w trakcie wjeżdżania do centrum słońce zaczynało gasnąć. To, co zapamiętałam z przedmieść Nysy to klimat amerykańskich filmów kręconych w dzielnicach industrialnych – słońce zachodzące nad fabryką, przypruszone rdzą rury. Ścieżka dźwiękowa Ennio Moricone do “Dawno temu…” szybko ustąpiła w głowie wspomnieniom ze Lwowa. Boczne ulice i skryte w nich kościoły, kamienice to niegdyś jasne, postarzałe, to uderzające przepychem niczym w Wiedniu… Ciało zmęczone, wyobraźnia wiecznie żywa.
Kościół pojezuicki w jednej z bocznych ulic. To on przywołał wspomnienie Lwowa.
Słońce już gasło nad wspomnianą ulicą, oświetlając kamienicę.
Bazylika pw. św. Jakuba i św. Agnieszki w Nysie. Kościół często nazywany był (i jest) katedrą. Pochodzi z XV w., ma jeden z najbardziej spadzistych dachów w Europie o powierzchni 4 tysięcy m².
Wieża dzwonnicy obok bazyliki. Jedna z nielicznych ocalałych średniowiecznych wolnostojących dzwonnic w Polsce. Zaliczana do najcenniejszych zabytków Nysy. Jej budowy nigdy nie zakończono, gdyż według planów miała być ponad trzykrotnie wyższa, jednak nie pozwolił na to grunt, na którym stoi.
Obok katedry figura św. Jana Nepomucena, spotykanego przez nas we wszystkich śląskich miastach. W Nysie aż dwukrotnie, pod różnymi kościołami!
Latarnie obok katedry z motywem gołębi. W sennym spoglądaniu w górę z chodnika dostrzegłam ten szczegół.
Wieczór po długiej drodze. Resztą siły powłóczyłam nogami wokół katedry, dookoła murów mnóstwo starych tablic. Brak siły aby je czytać. Szybko tylko przemykają przez głowę “barok”, “kapitałka”…
Trudno wszystkie tablice przeczytać, czcionki budzą jednak podziw. Tutaj zauważone kątem oka “Mariam Magdalenam” zwraca moją uwagę.
Gdy jedna osoba z pary siedzi na schodzie i pilnuje rowerów, druga zwiedza wnętrze katedry. Tą stara metodą odwiedziliśmy po drodze kilka kościołów. Jak małe dziecko w zachwycie opowiadaliśmy jeden drugiemu “a tam wisi taki obraz”, “a tam w rogu stoi taka rzeźba”, choć przecież druga osoba miała lada moment wejść zobaczyć to samo miejsce.
Ostatnie promienie słońca oświetlają figurę na fasadzie.
Patrzyłam na elementy kolejnej z katedr, przypominając sobie jedną z ulubionych książek “Notre Dame de Paris” – doskonałą “Katedrę Marii Panny w Paryżu”, rozpropagowaną przez ekranizacje jako “Dzwonnik z Notre Dame”. Kiedy Esmaeralda tańczy przed Notre Dame, a zrozpaczona matka z piwnicy przeklina Cyganów którzy ukradli jej córeczkę, podróżnicy przyglądają się fasadom. Może kiedyś odnajdziemy tajemniczy drugi pantofelek.
Jedną z najbardziej charakterystycznych budowli w Nysie jest Wieża Bramy Wrocławskiej.
Przejeżdżamy obok pięknych budynków, nie sposób sfotografować ich wszystkich. Zmęczeni podróżnicy udający się na kemping – spoglądamy jeszcze na pojawiające się raz po raz za rogiem kamienice.
Wieczorem odnaleźliśmy kemping, rozbiliśmy namiot, umyliśmy się i poszliśmy spać. Kiedy załatwiamy formalności, na horyzoncie widać gasnące słońce, niebo w kolorze różu i fioletu. Porankiem składamy namiot, pakujemy się, i dopiero wtedy widzimy w jak ładną okolicę udało nam się trafić. Jezioro Nyskie.
Jezioro o tej porze roku i dnia (przed 10 rano) było jeszcze dość chłodne. Śmiałków, którzy odważyli się pływać policzyliśmy na palcach jednej ręki. Sama odważyłam się na wejście do kolan. Potem chwila odpoczynku na pisaku, i ruszamy dalej – na Dolny Śląsk.
Magdalena
Jo Ci przaja
Powstała (pierwsza? pierwsza powojenna?) kartka po śląsku.
Drukowana jest typograficznie w drukarni Muzeum Prasy Śląskiej w Pszczynie na prasie Heidelberg, która ma przeszło 100 lat. Można ją kupić online, w sklepie na Rondzie Sztuki w Katowicach, w kwiaciarni Tulipan na ul. Mickiewicza w Katowicach i oczywiście – w Pszczynie, w Muzeum Prasy Śląskiej.
“Jo Ci przaja” na biurku kasy w galerii, Rondo Sztuki – Katowice.
Dziś na spacerze po Katowicach postanowiłam wstąpić do sklepiku galerii na Rondzie Sztuki, i zobaczyć kartkę na własne oczy. Uważam że jest urzekająca ze względu na swoją prostotę, nawiązanie do dawnych motywów ludowych, powściągliwość w stosowaniu barw, duży format = sporo miejsca na napisanie życzeń dla tej wyjątkowej osoby, której ją ofiarujemy. Zwróciła moją uwagę także tym, że bardzo dobrze wpisała się w wyobrażenie o oldskulowej śląskiej kartce. Przywołuje na myśl znane na pewno wielu Ślązokom (jak i gorolom) cytaty z Cholonka wystawianego przez Teatr Korez, przywołuje błądzące po wyobraźni sceny z książek o przedwojennym Śląsku, dzieciństwo, styl vintage, częściowo także styl modern folk. Mnie osobiście kojarzy się z przejeżdżaniem przez Śląsk w dzieciństwie, w niemal corocznej podróży pociągiem na wakacje do Gdyni, która to podróż była wtedy wielkim wydarzeniem, i obserwowane wtedy z pociągu familoki, w nocy światła Śląska i odliczenie ważnej na tej drodze z Bielska-Białej na Pomorze stacji: Katowice. Z tą magią oglądania telewizji regionalnej Katowice i wyświetlanej w nich “Opowieści z Narnii” BBC, kiedy to siedziałam na wycięciu w ramie ogromnego babcinego łóżka drewnianego opierając się o nie. Przeczytane potem książki o Śląsku, przewodniki po Giszowcu, Nikiszowcu i Szopienicach, wypady autobusem, żeby tym cudom zrobić zdjęcia, wcześniej zdjęcia znacznie lepszych ode mnie fotografów oglądane w sieci. Niezliczone wędrówki po Muzeum Historii Katowic, wystawach pocztówki secesyjnej, obrazów Dudy Gracza, porcelany śląskiej, dzieł Grupy Janowskiej, wystawianych w nobliwych wnętrzach mieszczańskiej kamienicy. Wycieczkę do Muzeum Prasy Śląskiej, gdy z całym rokiem wytłaczaliśmy starą prasą swoje własne kartki, robiliśmy sobie zdjęcia na tle starych pras i zdjęcia starej prasie wydawanej przed laty na Śląsku. Wyobrażaniem sobie w dzieciństwie tego Śląska, na którym przecież wcale się nie bywało, ale przezeń przejeżdżało i słyszało często o kopalniach i koncertach w Spodku, o technice i strojach, oglądało filmy “Śmierć jak kromka chleba” i “Paciorki jednego różańca”.
W strumieniu świadomości lepszy był Joyce. Mogę się mylić i nie pamiętać, ale z tym zastrzeżeniem mówię – nie widziałam nigdy kartki po śląsku. Czekam na więcej takich śląskich projektów. Tymczasem z okazji zbliżających się Walentynek – życzę wszystkim dużo miłości
Magdalena
Prudnik – dzień trzeci
Wspomnienia z podróży rowerowej do Pragi – część 3, dzień 3.
Trzeciego dnia dotarliśmy do Prudnika. Zapytawszy po drodze do centrum miasta przechodnia o najważniejsze atrakcje otrzymaliśmy odpowiedź i kilku ciekawych miejscach i pierwsze kroki skierowaliśmy w kierunku Muzeum Ziemi Prudnickiej. Spodziewaliśmy się otrzymać tam fachową i rzetelną pomoc. Mieliśmy rację. Muzeum, choć zamknięte w poniedziałki – stało się naszą przystanią. Przemiłe panie z muzeum zaopiekowały się naszymi bagażami, wyjaśniły wszystko dokładnie,
a popołudniem oprowadziły po muzeum, mimo że tego dnia nie miały wcale obowiązku.
Wyruszyliśmy zwiedzić miasto, trzeba jednak na samym początku zaznaczyć, że Prudnik jest pod tym względem miastem dość nietypowym. Jeden z najważniejszych obiektów w mieście – Sanktuarium Św. Józefa w Prudniku-Lesie, znajduje się w pewnej odległości od centrum, na górze, na którą wchodzi się właśnie lasem. Ponadto w tej lesistej okolicy znajduje się drugi, o wiele mniejszy, ważny jednak dla Ślązaków obiekt, a mianowicie pomnik poety Josepha von Eichendorffa.
Przejazd rowerem przez centrum, następnie przez okazałą aleję z zabytkową zabudową. Wiele secesyjnych wilii. A potem – wyprawa przez las. W letni dzień droga z rowerem, w upale, zmęczeniu i wśród nie dających spokoju komarów daje się we znaki.
Upał, piekące słońce, zmęczenie… Przygoda i wspomnienia bezcenne.
Szukanie pomnika Eichendorffa zaczęliśmy dość niefortunnie, podchodząc na wzgórze z innej strony niż ścieżka do pomnika prowadząca. Zmęczeni dostrzegliśmy tabliczkę kierującą do obiektowi, mówiącą, że jest on już blisko. Trafiliśmy do leśnego jeziorka. Pomnik schowany był wyżej i dalej niż pozwoliły nam siły i czas pozwoliły nam dotrzeć. Pomnik i klasztor franciszkanów będą obowiązkowymi punktami przy kolejnym przejeździe tą trasą.
Eichendorff będzie musiał poczekać na kolejną naszą wizytę. Aby oszczędzić odrobinę siły na dotarcie do Nysy i zdążyć zobaczyć prudnickie muzeum, pojechaliśmy do centrum miasta. Miasta, które wymagałoby niewątpliwie więcej uwagi. Tymczasem…
Gołębie na prudnickim rynku. Tak jak w każdym innym mieście, tak i tutaj obecne.
Ratusz prudnicki, usytuowany pośrodku rynku.
Figura św. Jana Nepemucena. Figury tego świętego sa szczególnie popularne na Dolnym i Górnym Śląsku. Obecne na rynkach i obok kościołow stanowią bardzo charakterystyczny element miast w tych regionach.
W mieście znajdują się dwa interesujące obiekty – wieże, mianowicie Wieża Woka – pozostałość starego, średniowiecznego murowanego zamku zbudowanego prawdopodobnie przed 1262 rokiem przez Woka z Rosenbergu, oraz Wieża Bramy Dolnej. Zobaczyliśmy je jednak tylko przejeżdżając przez centrum miasta, a potem na muzealnych rycinach.
Miejsce, które obok lasu okupionego sporym wysiłkiem najbardziej stąd zapamiętamy jest muzeum. Muzeum, w którym wcześniej zostawiliśmy bagaże, a teraz wracamy aby je zwiedzić.
Budynek muzeum na wzniesieniu. Wcale nie tak łatwo podprowadzić ta rower i wnieść go po schodach, gdy ma sie już za sobą dziesiatki przejechanych kilometrów, bolące mięśnie, i ochotę na dużo nieaktywnego odpoczynku
Ale każdy owocny wysiłek przynosi satysfakcję, a ciekawość miejsca zazwyczaj zwycięża.
Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.museo.pl/content/view/1251/114/
Łóżko drewniane, a nad nim wieszane tradycyjnie obrazy Jezusa i Maryi. Pod łóżkiem zauważymy naczynie nocne, służące niegdyś jako ubikacja.
Tutaj także zachował się okazały byfyj. Zapełniony naczyniami, uwieńczony wagą, młynkiem i koszykiem.
Stroje regionalne. W gablocie vis-a-vis drewnianego łóżka. Po przeglądzie fotografii z muzeum najbardziej okazale prezentował się biały czepek. Inne zdjęcia – mniej okazale, ze względów czysto technicznych.
Ku swemu zaskoczeniu zauważyłam na ścianie muzealnej maselniczkę, identyczną, jak posiadała moja babcia. Maselniczka z wyrzeźbionym na dnie kwiatkiem słyżyła małej diewczynce do zabawy. Jednak jej podstawowa funkcja była naturalnie zupełnie inna. Po wyrobieniu masła w drewnianej maselnicy (czego doświadczyłam i miałam przyjemność spróbować – pyszne) przekładało się je do takiej drewninej maselniczki. Kiedy zastygło, wytłoczone na drewnianą deskę lub maselniczkę z przykrywką niczym babka z piasku, smakowało doskonale i cieszyło oko.
W XVI wieku w Prudniku prężnie rozwinął się przemysł przędzalniczy. W latach 20 XIX w. w mieście powstały pierwsze fabryki wełny, lnu i jedwabiu, a także założona przez żydowskiego przemysłowca Samuela Fränkla fabryka adamaszku (istniała do 2011 r. jako ZPB “Frotex” S.A.). Ze względu na tradycje przemysłu w mieście, poświecono mu jedno ze sporych pomieszczeń muzeum.
Opuszczamy Prudnik i jeszcze tego samego wieczora przed zmierzchem docieramy do Nysy. Ale to już osobna historia…
Magdalena








