Skip to content

Jakie błędy popełniliśmy, planując pierwszą podróż motocyklową?

25 Maj 2016
Mówią, że najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Tylko przeważnie jakoś tak wychodzi, że każdy uczy się, mniej lub bardziej, na swoich. Gdybyście jednak chcieli skorzystać z naszego doświadczenia planując swoją pierwszą podróż motocyklową, zapraszam do lektury.

Naszą pierwszą podróż motocyklową odbyliśmy z mężem w sierpniu 2012 roku. To nasza podróż poślubna, z której niestety nie napisałam relacji. Może kiedyś uda się to zrobić. Mniejsza o to. Podróż pierwotnie miała być dookoła Austrii. Zrobiła się dookoła Austrii, północnych Włoch, Liechtensteinu, kawałka Szwajcarii, a wracaliśmy przez Niemcy.

Trwała dwa tygodnie, z czego cztery dni byliśmy w podróży służbowej w Zurychu. To znaczy Paweł był w podróży służbowej, a ja przez kilkanaście godzin dziennie przed laptopem kończyłam jedno ze swoich bardziej morderczych zleceń, więc na jedno wychodzi.

Zwiedziliśmy: Wiedeń, Linz, Salzburg, Graz, Wenecję, Weronę, Innsbruck, Liechtenstein, Zurych i jedno z miasteczek w południowo-wschodnich Niemczech.

Przejeżdżaliśmy około 400-500 kilometrów dziennie (choć to zależało od dnia) i zwiedzaliśmy dziennie jedno duże miasto. Na Wiedeń daliśmy sobie półtora dnia.
To tak w ogólnym zarysie.

Niech was treść tego postu nie zmyli, to była wspaniała podróż, którą wspominamy jako jedną z naszych ciekawszych przygód. Z potknięć wyciągnęliśmy naukę na przyszłe wyprawy.

Zatem jakie błędy popełniliśmy w czasie tej podróży i z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy?

1. Nasz plan był zdecydowanie za bardzo napięty.
To nasz pierwszy i podstawowy błąd. Z niego wynikał szereg kolejnych problemów.
Na przykład pierwszego dnia dojechaliśmy z Katowic do Wiednia (około 400 km) i zwiedziliśmy jeszcze część miasta. Kolejnego dnia zwiedzaliśmy Wiedeń i wyjechaliśmy w kierunku Linz. Trzeciego dnia zwiedzaliśmy Linz i wyjechaliśmy w kierunku Salzburga. Czwartego Salzburg i wyjechaliśmy w kierunku Graz. Pomiędzy Wiedniem a Linz jest około 200 km, pomiędzy Linz a Salzburgiem około 130. Pomiędzy Salzburgiem a Graz około 300. Wszystkie miasta na trasie są spore i jest w nich co oglądać, nawet jeżeli nie robi się tego bardzo dogłębnie. I co z tego wynikało dalej?

2. Mieliśmy problemy z noclegiem.
Podróżowaliśmy z namiotem, i założeniem było znacznie częściej spać na kempingach, niż to nam wyszło w praktyce. Niejednokrotnie rozbijaliśmy namiot pomiędzy 12 a 2 w nocy. O tej porze wszystkie kempingi są oczywiście zamknięte.
Całkiem dobrym pomysłem w podróżach z  namiotem jest pytanie ludzi, czy można się rozbić na ich polu, gdzieś przy płocie albo w ogródku. Ludzie są życzliwi i chętnie udostępniają swoją ziemię pod namiot, zdarzyło się nam nawet kiedyś w Chorwacji, że zostaliśmy zaproszeni do domu! Tylko że o 1 albo 2 w nocy nie ma już kogo zapytać. Ponadto w Austrii czy północnych Włoszech znalezienie ustronnego, niezabudowanego miejsca pod rozbicie namiotu to wysiłek niepomiernie większy niż w Polsce czy w Czechach.
Raz cudem udało nam się zdążyć na kemping nad Attersee, o którym dowiedzieliśmy się w Informacji Turystycznej, piętnaście minut przed jego zamknięciem. Po drodze naprawdę chciałam przeżyć i nie wpaść do jednego z tych pięknych austriackich jezior, które mijaliśmy…
Na pewno spaliśmy też na kempingu w Wenecji. Podążyliśmy tam zaraz po zwiedzeniu miasta. Często jednak radziliśmy sobie na własną rękę, i nie było to proste.

3. Nie doceniliśmy pogody.
To już nie wiąże się tak bardzo z napiętym planem. Po prostu nie doceniliśmy pogody, a konkretnie mocy, jaką ma ulewa. W podróży rowerowej do Pragi na przykład sprzyjało nam takie szczęście, że przez 9 dni świeciło słońce (z wyjątkiem jednej, pierwszej nocy, przy czym namiot wysechł zaraz rano; deszcz spadł wtedy tuż po naszym zameldowaniu się w miejscu noclegowym).
Tym razem jednak los aż tak nam nie sprzyjał. Jechaliśmy z Zurychu do Niemiec, gdzie mieliśmy spać u rodziny. Paweł chciał koniecznie dojechać tam na jeden raz, co zresztą miało sens. Po drodze zerwała się potworna ulewa. Tego nie da się opisać. Jak się później dowiedzieliśmy, pozalewało wioski w tym rejonie, przez który przejeżdżaliśmy. A my nie mieliśmy właściwej odzieży motocyklowej.

Zabraliśmy co prawda trochę skórzanych elementów, na przykład spodnie i rękawice. Nic to nie dało. Nie mieliśmy nieprzemakalnych kombinezonów. Powiedzieć, że przemokliśmy do majtek, to mało powiedziane. Przemokło nam absolutnie, ale to absolutnie wszystko. Zatrzymaliśmy się gdzieś w środku nocy na stacji benzynowej z restauracją żeby coś zjeść. Woda, mimo że staraliśmy się ją trochę powykręcać, lała się z nas strumieniami i zostawialiśmy mokre plamy na podłodze. Do celu dojechaliśmy mniej więcej o 3 w nocy. Rodzina cierpliwie na nas czekała z zastawionym stołem! Wzięliśmy gorącą, pachnącą kąpiel. Dziś oczywiście się z tego śmiejemy, ale najmilsze na świecie doświadczenie to nie było. Rano, gdy się obudziłam, myślałam że nie wstanę z łóżka. Coś takiego wyczerpuje bardziej, niż można to sobie wyobrazić. W końcu wstałam, zwyciężyła ciekawość i w ogóle. Przez cały dzień chodziłam jak zombie.

Przed kolejną podróżą kupiliśmy kombinezony. One naprawdę są nieprzemakalne! Paweł sprawdził to osobiście, wchodzą w sklepie pod prysznic. Na co sprzedawcy chętnie się zgodzili. Wcześniej sami robili testy, polewając się wiadrami.
Więcej już tego błędu nie popełnimy.
4. Nie mieliśmy nawigacji.
Czy to dobrze, czy to źle, można się spierać. Paweł nie chce używać nawigacji, i nigdy nam to nie przeszkadzało, mapy zawsze wystarczyły. Czasem zapytaliśmy o coś na stacji benzynowej.
Z wyjątkiem tego jednego razu.
W Zurychu musieliśmy dojechać do dzielnicy Affoltern żeby zameldować się w hotelu. Miałam nadzieję, że przynajmniej tego dnia dotrzemy do celu w okolicach 18.00, w najgorszym razie 20.00 i pobędę sobie z mężem. Odpoczniemy, zrelaksujemy się, nacieszymy się sobą. W końcu jesteśmy w podróży poślubnej!
Jedziemy. Jedziemy. Są jakieś znaki na Affoltern. Kilka razy pytaliśmy o drogę różnych osób, bo nie byliśmy pewni. Ale nikt nam nie potrafił powiedzieć gdzie jesteśmy, ani gdzie mamy jechać. Krajobraz zaczął się robić podmiejski, potem nawet bardziej wiejski… W końcu stwierdziłam, że nikt nam już chyba nie doradzi lepiej, niż taksówkarze. Oni muszą znać okolicę, w końcu to ich zawód.
Znaleźliśmy taksówkarzy. Jestem z siebie dumna, że dogadałam się z nimi po niemiecku.

Mówię, że dobry wieczór, i że chcemy dojechać do Affoltern, może panowie wiedzą jak tego dokonać?

– A którego Affoltern?
– ??? Do którego co?
– Do którego Affoltern?
– Aaa….yyy… no… do Affoltern, tego w Zurychu.
– Bo są dwa Affoltern, jedno – dzielnica Zurychu, a drugie – wioska pod Zurychem. I jesteście już prawie w tej wiosce.
Moja mina musiała być bezcenna. Kiedy oprzytomniałam, pytam jakże dojadę do tego Affoltern – dzielnicy Zurychu i jak długo może to zająć.
Okazuje się, że autostradą 10 minut, a lokalnymi drogami około godziny.
W Szwajcarii winieta na autostradę kosztuje ponad 100 zł, i obowiązuje na cały rok. To jest tanio, a nawet bardzo tanio, jeżeli ktoś chce jeździć po szwajcarskich autostradach raz po raz, bo mieszka tam lub często podróżuje. Ale wydać 100 zł za 10 minut jazdy? Średnio opłacalny interes. Wybraliśmy lokalne drogi. Dotarliśmy do hotelu około 24.00. A nazajutrz – tak, tak, wstawaliśmy do pracy.
Przecież jesteście w podróży poślubnej pracoholicy!
5. Za to mieliśmy flagę Śląska…
Mąż bardzo kocha Górny Śląsk, a ja bardzo kocham jego. Więc kiedy wpadł na pomysł, aby przytwierdzić do motocykla górnośląską flagę na długim sztylu, zgodziłam się, kompletnie nieświadoma tego, co robię.
Nie pamiętam dokładnie, jak wyglądało jej mocowanie. W każdym razie wykrzywiało pozycję jednej z bocznych sakw, i przez to przez całe setki kilometrów siedziałam na motocyklu w nienaturalnej pozycji. Oprócz tego, że siedzenie w jednej pozycji przez setki kilometrów w ogóle jest wysiłkiem, siedzenie wykrzywionym – to w ogóle jest porażka. Pamiętam, że kiedy dojeżdżaliśmy do Wenecji, prawie ryczałam z bólu, bo już kompletnie nie wiedziałam, jak mam się przekręcić.
Sztyl zostawiliśmy dopiero w Niemczech u rodziny. Więc ostatni 1000 kilometrów – przejechany na raz, a jakże – miałam na relaksie.
Pierwsza podróż to naprawdę nie jest czas na dziwne pomysły i eksperymenty. Nawet o nich nie myślcie. Zapomnijcie, od razu.
6. Nie wiedziałam, jakim trudem jest siedzenie na motocyklu na długich dystansach.
W ogóle nie zadawałam sobie sprawy z czym się wiąże rola tak zwanego „plecaczka”. Po doświadczeniach podróży rowerowych, np. do Pragi czy Brna, gdzie przejeżdżaliśmy średnio 50 km dziennie, a potem ledwo żyłam, myślałam, że na motocyklu choć trochę sobie odpocznę. Bo co to za filozofia siedzieć sobie jako pasażer?
Okazało się, że jednak trochę filozofia.
Siedzenie przez kilka godzin dziennie w jednej, wymuszonej pozycji powoduje bóle, m. in. w karku i w okolicy łopatek. Pozycji nie da się za bardzo zmienić. Można się odchylić bardziej do przodu albo do tyłu, ale po kilku dniach to naprawdę nic nie daje.
Trudno porównywać co jest bardziej męczące: przejechanie 50 km na rowerze czy przesiedzenie 400 na motocyklu. To zupełnie inne rodzaje zmęczenia. W każdym razie nie należy lekceważyć tego, jak się wydaje, „siedzenia sobie” jako pasażer. Miałam jeden moment, w innej podróży (powrót znad polskiego morza), gdy zszedłszy z pojazdu za Częstochową prawie nie mogłam ruszyć ręką w ramieniu, bo bolało mnie tak, jakby ktoś wbijał mi tam ogromną szpilę. To było też częściowo z napięcia mięśni w stresie, bo jechaliśmy w praktycznie mlecznej mgle. Nikomu nie  życzę.
Za to wszystkim życzę wspaniałych wypraw!
Magdalena
Reklamy

From → Różne

2 komentarze
  1. Jaki piękny sprzęcik. Chyba każdy kto Was widział, uśmiechał się znacząco. 🙂

    • Jeżeli chodzi o pojazd, to nie nasz, zdjęcie z Internetu, ponieważ moje umiejętności fotograficzne nie pozwalają jeszcze na wykonanie sensownego zdjęcia naszego motocykla.
      To co wzbudzało sensacje w naszej podróży to raczej górnośląska flaga. Zdziwienie ludzie często krzyczeli w doprawdy szczerym zdumieniu „Ukraine”. Na co my, jeżeli się dało, odkrzykiwaliśmy „Silesia”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: