Skip to content

„Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna Szczakowej”

31 lipca 2013

Barbara Radziwiłówna z Jaworzna-Szczakowej. To główny bohater książki (bynajmniej nie bohaterka!), małomiasteczkowy biznesmen, zajmujący się ciemnymi interesami, do którego lombardu przychodzi kobieta i kładzie na ladzie perły. Robi to „niczym zbankrutowana hrabini”. A zubożały cinkciarz, lichwiarz i windykator w jednej osobie nakłada sobie perły na głowę. Stąd zyskał sobie swój niecodzienny przydomek.

Książka to nienowa, bo wydana w 2007 roku. I niczemu to nie przeszkadza, gdyż z łatwością da się kupić na rynku antykwarycznym, serwisach aukcyjnych czy wypożyczyć z biblioteki. Żałuję, że miałam okazję przeczytać ją dopiero kilka lat po wydaniu. Sztuka pod tym samym tytułem święciła bowiem triumfy w Teatrze Śląskim (co prawda nie takie, jak „Cholonek” w teatrze Korez), i należało owego czasu nań pójść, bez względu na ilość zajęć. Nie miałam wtedy do końca świadomości co mnie omija, a zatem wystarczającej determinacji aby sztukę tę zobaczyć bezzwłocznie.

BR

Książka to nienowa, lecz zarazem – rozpatrując rynek wydawniczy z szerszego punktu widzenia – także niestara, i unika wad wielu współcześnie reklamowanych nowości. Otóż wiele reklamowanych współcześnie nowości ma to do siebie, iż po około 30 stronach czytelnik zastanawia się po co tę książkę kupił i jak może ją tanio sprzedać, aby odzyskać choć część straconych pieniędzy; ewentualnie której bibliotece ją oddać – bo przecież tak nagłośniony hit będzie wnet rozdrapany przez inne osoby, które dały się nabrać w podobny sposób.
Ta książka wciąga od pierwszej strony i zabiera czytelnika w specyficzny świat cinkciarza z Jaworzna, a następnie w jeszcze bardziej specyficzną z nim wędrówkę, w czasie której czujemy pod swymi własnymi stopami bruzdy pól i zimno nocy, nawet czytając na płaskim dywanie przy ciepłym piecu.

Czy można pisać o „Barbarze Radziwiłłówinie z Jaworzna-Szczakowej” jako o książce związanej ze Śląskiem jest dyskusyjne – Jaworzno należy historycznie do Małopolski. Choć obecnie znajduje się w granicach województwa śląskiego, jak mówi prasa – większość ludności Jaworzna czuje się nadal Małopolanami. Zostawmy sobie tutaj jednak szerokie pole interpretacji. Na samym początku powieści rozbraja nas: „Ale co to był za klient, student. Student na praktyce. Rozbeczał się. Od mamusi komputerek dostał. Na studia w Katowicach. Na nową drogę życia. Jaśniejszą stronę Księżyca.”

Jak świetnie podsumował język książki Robert Ostaszewski w Gazecie Wyborczej: „Wcale nie opisywanie i diagnozowanie czasów przełomu jest  tu najistotniejsze. Ta książka przekonuje mnie przede wszystkim kreacją głównego  bohatera i stylem. Witkowskiemu udało się stworzyć niebanalną, niejednoznaczną, nieco zwichrowaną postać, jakich znowu nie tak wiele jest w naszej prozie.  Doskonale przy kreślenie portretu pana Huberta sprawdziła się estetyka campu,  którą konsekwentnie wykorzystuje autor „Lubiewa”; campowe pomieszanie rozmaitych  rejestrów kultury, stylów i konwencji doskonale widoczne jest w języku tej  prozy, w którym zespolone zostały elementy slangu przestępczego półświatka,  gwary śląskiej czy staropolszczyzny. Wyszła z tego niezwykle interesująca  mieszanina językowa (współczuję jednak tłumaczom, którzy zechcą tę książkę przełożyć na obce języki), co nie jest dla mnie zaskoczeniem, bo Witkowski jest  jednym z tych pisarzy, którzy potrafią nieźle zakręcić frazą. Ma taką językową sprawność i wyobraźnię, że mógłby, gdyby chciał, przerobić książkę telefoniczną na wciągającą, iskrzącą się dowcipem historię.”

To prawda, osoby lubiące eksperymenty z językiem powinny być oczarowane. Wielbiciele Joyca, szczególnie rozdziału obrazującego rozwój języka angielskiego, miłośnicy Witkacego i innych eksperymentatorów z dużą dozą prawdopodobieństwa po lekturze postawią „Barbarę” na swej najlepiej strzeżonej półce, ewentualnie będą pożyczać tylko najlepszym znajomy, za których głową ręczą, i perłami na własnej szyi.

—————————————–

Na podstawie:

Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej/ Michał Witkowski. – Wyd. 2. -Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2008

Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej/Robert Ostaszewski; 20.08.2007, dostępny w Internecie (dostęp 5 kwietnia 2013 r) [w:] Gazeta Wyborcza: http://wyborcza.pl/1,82204,4403709.html

Magdalena

Reklamy

From → To sie czyto

2 komentarze
  1. Trudno stwierdzic czy ta ksiazka ma cos wspolnego ze slaskiem. sam autor wytlumaczyl tytul w jednym z wywiadow w ten sposob, ze jezdzil czesto z wroclawia do krakowa i ta stacja, a dokaldnie nazwa go zaintrygowala. wypowiadal sie tez negatywnie na temat ludzi mieszkajacych w rudzie slaskiej, ze w jego kregach jak ktos byl nie fajny, to byl z rudy.
    omijam jego ksiazki szerokim lukiem.

    • Dziękuję Ci za Twój głos. Wiesz, że pierwsze słyszę o opinii Witkowskiego na temat rudzian, i w porządku – może miał złe doświadczenia, co nie zmienia faktu, że w każdym mieście można spotkać ludzi i miłych i niemiłych.
      Moim zdaniem proza tego typu jak Witkowskiego ma to do siebie, że jedni będą ją kochać, inni nienawidzić. Sama uważam, że to świetnie napisana satyra na początek lat 90. Podoba mi się.

      Czy książka ma coś wspólnego ze Śląskiem (oprócz miejsca akcji), i czy samo Jaworzno ma coś wspólnego ze Śląskiem pozostaje dyskusyjne. Natomiast jeżeli tytuł został wybrany przypadkowo, to znaczy że autor „Barbary” Śląska (i najbliższych okolic) nie zna. Jeżeli nie zna, to z dużą dozą prawdopodobieństwa celuję, że taka osoba wciąż żyje stereotypem Śląska: „brudno, bieda, kopalnie, górnicy, huty, kopalnie, sadza, nic ciekawego”. A jeżeli tak, to może u niego występować tzw. efekt diabelski spowodowany tym stereotypem -> „Jesteś ze Śląska – nie jesteś fajny. Bo tak.”

      Jako gorol oswojony wiem, że dla osób z zewnątrz Śląsk jest regionem trudnym. I nie jestem sobie w stanie wyobrazić książki o Śląsku ani jego pograniczu napisanej na zasadzie takiej, jak np. liczne powieści obyczajowe (czyt. szmiry) o Prowansji, tworzone masowo według schematu: „Jakże cudowną jest ta kraina! Zwolniliśmy się z korporacji i kupiliśmy sobie wiejski domek, i teraz żyjemy sobie tutaj sielankowo wśród pól lawendy i białych owieczek o puszystym futerku.” Nawet jeżeli książka dotyczy Śląska z lat dziecinnych, magicznej przestrzeni domowej i ryczki jako przedmiotu wzruszeń albo też przygód dzieci z Karwiny za Franciszka Józefa, nie da się jej przeczytać do poduszki po dziesięciu godzinach pracy i do rana zapomnieć. Bo ona zawsze będzie inna – bądź trudna, bądź prowokująca do przemyśleń, bądź wybebeszająca cienie ludzkiej natury, albo nie dająca zasnąć, albo przenosząca w świat zgoła odmienny niż ten, który się zna, albo pokazująca to co się zna tak, że myśli się o tym przez kolejne tygodnie, albo przynajmniej kontrowersyjna. I dlatego piszę o Śląsku, a nie np. o Prowansji.

      A Witkowskiego może trzeba zaprosić do nos? Może zmieni zdanie o rudzianach 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: