Skip to content

Daisy von Pless o Pszczynie

31 października 2012

Daisy von Pless po ślubie w Opactwie Westminsterskim i podróży poślubnej przybyła z mężem na Śląsk. Jej odczucia i opinie o miejscach, w których żyła, znajdziemy w pamiętniku wydanym w Krakowie przez wydawnictwo Arcana.

Odczucia Daisy po przyjeździe do pszczyńskiego pałacu były mieszane. Wydaje się, że wolała zamek w Książu, choć w obu czuła się skrępowana sztywną etykietą i sprawami, których wcześniej nie znała.

O Pszczynie pisała w swoim pamiętniku w następujący sposób:
Gdy przyjechałam do Pszczyny, zobaczyłam tam wspaniały, biały pałac, zbudowany przez mojego teścia około 1870 r. w miejscu, gdzie wcześniej stał już podobny. Jest on bardzo francuski, tak jak większość dużych, niemieckich domów z tamtego okresu. Urządzono go dość brzydkimi, ciężkimi i nazbyt złoconymi meblami, co niby miało być w stylu francuskim, a tak naprawdę nie było niczym innym, jak tylko zwykłą niemczyzną. Były tam liczne tarasy, rozległe ogrody oraz wiele rzeźb bez wyrazu. Dużo paradnego, ciężkiego luksusu, za to żadnego komfortu czy wygody i ni jednej łazienki.
Mój mąż zrobił dla mnie łazienkę zdobioną złotą mozaiką, a obecnie w Książu drugą dość okropną, ale lepsza taka, niż żadna.
Na moje przyjęcie całą służba była ubrana w najlepsze liberie. Zarówno w Książu, jak i w Pszczynie organizacja gospodarstwa domowego oparta była ściśle na wojskowych zasadach, a każdy służący miał do wykonania codzienną musztrę. Wspaniała klatka schodowa była wypełniona masą mężczyzn ubranych w niebieskie płaszcze, białe kamasze i rękawice. Uniform ten uważam za wstrętny. Liczba ich zadziwiła mnie i przeraziła. Jedyna rzecz, która mi się spodobała, to kobiety-służące ubrane w krótkie purpurowe sukienki, białe fartuszki, chusteczki na szyję oraz pończochy i czapeczki z białego batystu. Włosy ułożone w warkocze zwisające po plecach – wyglądały dość zabawnie.
(…)

Nigdy nie troszczyłam się o Pszczynę, ale mój teść uwielbiał to robić. W jego oczach jedną z najbardziej interesujących osobliwości była jego słynna stadnina wspaniałych koni. Dereszowaty kasztan był jego ulubioną maścią i do tej pory widzę oczami duszy mojej idealnego ogiera zwanego „Szybki Deresz”.
Koniuszym był kochany stary szlachcic z włoską żoną. Kiedy oprowadzał nas po stajniach i budynkach hodowlanych, gdzie dokonywano rozpłodu, miał zawsze na sobie szary cylinder i sprawiał wrażenie, że pokazuje nam jakieś sanktuarium, gdzie nawet nie można się odezwać.
Tak jak w Anglii, rytuał ten miał zwykle miejsce w niedzielne poranki, zaraz po kościele, ale przed południowym posiłkiem i czuło się, że jest to najważniejsza i najbardziej frapująca ceremonia dnia.

Zdjęcie pochodzi ze strony: mamazone.pl.

Na podstawie:

Taniec na wulkanie: [1875-1918]: Daisy Hochberg von Pless; tł. [z ang.] Mariola Palcewicz. Kraków : „Arcana”, 2002.

Magdalena

Reklamy

From → Pszczyna

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: